gruczno 23 marca 2010
Relacja z Festiwalu Smaku 2009:
To już czwarty rok z rzędu Gruczno zaprosiło smakoszy z całej Polski do powiększenia własnej palety smaków i wzbogacenia swoich wrażeń kulinarnych. Kolejna edycja festiwalu przyciągnęła kilkadziesiąt tysięcy gości (liczba ta rośnie z roku na rok, na I FS było ich 8 tysięcy, II FS ściągnął do naszej pięknej wsi już 15 tysięcy a rok temu 28 tysięcy kosztowało regionalnej kuchni). Jak przebiegała impreza i jakie atrakcje w tym roku w Grucznie stały się „feromonem” można przeczytać na oficjalnej stronie festiwalu www.festiwalsmaku.pl (po wpisaniu festiwal smaku pierwsza pozycja w google ;D ). Impreza obok festiwali organizowanych przez Kraków czy Poznań jest najbardziej rozpoznawalnym kulinarnym przedsięwzięciem. Usytuowanie w pięknym Grucznie, w Dolinie Dolnej Wisły i co trzeba tutaj podkreślić, na wsi to chyba największy atut. Bo na pewno inaczej jest degustować produktów regionalnych, produktów pochodzących właśnie ze wsi w otoczeniu średniowiecznych kamienic, z których wylewano kiedyś ścieki na przykład a w harmonii z przyrodą, wśród swojskiego zapachu siana, płynącej obok strugi „Młynówki”, która napędzała turbiny wodne Starego Młyna z 1888 roku (obecna siedziba Towarzystwa Przyjaciół Dolnej Wisły). Stoiska wśród drzew, pasące się owce i kozy za drewnianymi barierkami i muzyka napędzana folklorem Ukrainy i Polski są tutaj nieplanowanym chwytem i dlatego wróżę mojej wsi wzrost turystyczny oraz możliwe powiększenie ludności a tego nam potrzeba przy niedawno zbudowanej szkole i niżu demograficznym.
I tak był to pierwszy rok, w którym spędziłem tak wiele czasu przy młynie. W ciągu ostatnich trzech lat przebywałem tam tylko z racji występu razem z orkiestrą dętą „Płomyki” i długość pobytu pokrywała się w 100% z czasem występu orkiestry. W tym roku jednak zdecydowałem, że będzie inaczej. Na gg czy naszej-klasie promowałem „produkt”, którego nie znałem. Tylko z powodu lokalnego patriotyzmu chciałem sprzedać coś, co mogło być lipą a nie sprawdziłem jak jest. Teraz mogę tylko gdybać, bo jeśli poprzednie edycje były takie jak ta to „produkt” był rzeczywiście wart promocji. Tego już nie sprawdzę. Ale ten rok zachęcił mnie do dalszego chwalenia się regionem. Parokrotne obejście całego obszaru wzdłuż i wszerz trzeba przyznać, że pomysł jest udany. Co prawda biednego studenta stać tu tylko na piwo, bo ceny za zdrową żywność nie należą do najniższych jednak mieszczuch, który zaoszczędził na wakacjach może tu zrobić zimowe zapasy. I nie będę tutaj wymieniał ciekawych i smacznych produktów bo w degustacjach udziału nie brałem (też płatne). Ta działka należy do kulinarnych bloggerów, którzy w internecie już wytypowali swoje ulubione specjały. Tłok trochę przeszkadzał, ale w studenckim klimacie wieczorne piwo smakuje lepiej niż w Poznaniu. Tym bardziej jeśli sprzedaje je browar z egzotycznego wybrzeża Polski. I zapewne siedziałbym w domu gdyby nie stara znajoma z przedszkola, przyjaciółka i sąsiad z akademika, który przyjechał z odległego Inowrocławia i któremu najbardziej podobały się chyba rosnące maliny na krzaku w ogrodzie od kilkukrotnego chodzenia do centrum wsi. Ale i tak dziękuję za wspólne spacery i wieczór, i przedzieranie się przez dziki park w Grucznie, i chwilę wspólnego zdziwienia, gdy przed nami stanął Robert Leszczyński
Mam nadzieję, że impreza rozrośnie się do rangi najbardziej znanego festiwalu smaku i wyprzedzi miejskie próby promowania wsi, o której pojęcia mieszczuchy nie mają… nawet jeśli zdarzyło im się w życiu doić krowę.
