Rumunia 2009 22 marca 2010
Dziennik podróży:
| 9 lipca 2009 |
|---|
pobudka wcześnie rano, pociąg 4:52 z przesiadką w Inowrocławiu, o 10:00 egzamin z różnorodności świata roślin i grzybów, po czym czas zacząć voyage, voyage, przy czym, aby jeszcze podładować komórkę wybieramy połączenie Ekspresem z Poznania do Krakowa przez Warszawę;
w pociągu relacji Warszawa – Kraków jedzie ze mną w przedziale Gracjan Roztocki (ojacie!) a prawdopodobnie w wagon I klasy wsiadła Ulka Grabowska … (stała metr ode mnie!)
potem przesiadka do Przemyśla i nocleg na dworcu i w barze przy PKSie … pociągi współtowarzyszy opóźnione z powodu obsunięcia się ziemi na tory i tras zastępczych… Cóż, nic tylko cieszyć się spokojnym przejazdem pociągiem z klimą … Plecak za to waży chyba więcej niż ja (no może troszkę mniej)
| 10 lipca 2009 |
|---|
po wygodnym noclegu, a właściwie przesiedzeniu nocy, pojawiają się kolejni uczestnicy wyprawy… zanim zjawi się ostatnia osoba, czas zwiedzić miasto, które jest bardzo przyjemne i część nad Sanem ładnie zagospodarowana, szkoda, że sklepy otwarte od 10… no i czas zacząć podróż… wsiadamy w busa za 2 zł do Medyki, tam przeprawa pieszo przez granicę, nerwówka z wypisanie karteczek w części ukraińskiej, narzekania Ukraińców i pilnowanie rzekomej kolejki tylko dla nich, ostatecznie pozostało na wpisaniu Hotelu Lwów bądź tego najdroższego Gheorghe jako miejsca docelowego podróży i jesteśmy poza UE, po tamtej stronie wsiadamy w tzw. marszrutkę i za 15 hrywien jedziemy ok. 2 godziny do Lwowa, stamtąd mamy połączenie pod granicę (Sołotwino), jedziemy pociągiem z kuszetkami, w środku wygląda jakby tam cyganie zamieszkali, ciasno, osoba na metr kwadratowy chyba… i tak przez całą noc…
| 11 lipca 2009 sobota |
|---|
…aż dojeżdżamy do miejsca gdzie kończą się tory, ciężko bo ciężko ale dowiadujemy się którędy do granicy, tam czekają miłe panie, które pytają czy mamy alkohol i czy palimy, po czym bez trudu wkraczamy do Unii Europejskiej a konkretnie do Rumunii, szukamy kantora, uwaga – jest bank… no i można zacząć żyć na obcej ziemi ![]()
pada deszcz, chowamy się do kawiarni, zamawiamy to co poznajemy w menu + niektórzy jakieś ighethata, które okazują się być lodami, pod szpitalem łapiemy stopa i jedziemy do Sepanta, gdzie znajduje się wesoły cmentarz… drewniane mogiły ozdobione rysunkami oraz wyrzeźbioną informacją i anegdotą z życia zmarłego, oczywiście daliśmy się „oszukać” i weszliśmy wejściem, w którym trzeba było zapłacić 5 lei a z tyłu nie było płotu… no cóż, turyści pełną gębą, ale że z Polski to nie widać ![]()
później dwoma samochodami udajemy się w podróż powrotną, Rumuni maja tę szczególną radość z puszczania swoich folklorystycznych cudów muzycznych, co niezwykle mnie rozbawiło. Krótki pobyt w miejscowym parku owocuje spotkaniem alkoholika, który „nieświadomie postanawia” załatwić potrzebę fizjologiczną na stojąco, rozmawiając z innymi. Przewodnik wskazuje nam restaurację, w której o tej porze nie dają już nic do jedzenia i podają tylko trunki… piwo i kabanosy pozwalają przetrwać do późnych godzin nocnych
… i szukamy dworca kolejowego, by wydostać się stamtąd do Kluż-Napoca;
| 12 lipca 2009 niedziela |
|---|
po przebyciu bardzo długiej drogi z dworca na starówkę widzimy kościół św. Michała i z racji niedzieli bierzemy udział w mszy węgierskiej… Człowiek taki styrany, że pomyślałem w pewnej chwili: „fajnie byłoby siedzieć całą mszę”. Moje życzenie zostało wysłuchane… Otóż na mszy węgierskiej po Ofiarowaniu siedzi się do końca mszy czasem tylko wstając lub klękając… Cudownie!
Odpoczynek jednak długo nie trwał i z moimi 20 kg (?) idę dalej za tłumem by ostatecznie wspiąć się na wzgórze miejscowej Cytadeli , skąd roztacza się piękny widok na miasto. Głodni idziemy za zapachem, by za zakrętem odkryć McDonalds’a (hurra!), niestety nie ma Strefy Dobrych Cen i wybieramy co jest, do tego zuchwale robiąc sobie kanapki w ukryciu, myśląc, że kamery nas nie obejmują…
Niektóre ceny w McDonalds w Rumunii (na podstawie paragonów z Klużu i Bukaresztu
średnia Cola (Cola medie) 3,50 RON
duża Cola (Cola mare) 4,50 RON
Cheeseburger 3,50 RON
rożek „lód kryzysowy” (Cornet) 1,50 RON
Aby dotrzeć do pasma Gór Apuseni wsiadamy w pociąg do Bologi, niezwykłe widoki (prawie jak w Alpach), przejazdy tunelami… trasa naprawdę przepiękna. Pociąg standardem przypomina nasze pośpiechy z przedziałami a siedzenia nasze pseudoskórzane w osobówkach… Trzymając się informacji z przewodnika Bezdroży wysiadamy na wskazanej/ wspomnianej już stacji… ![]()
Pieszo idziemy przez wieś zastanawiając się nad noclegiem. Próbując dogadać się z jednym, z drugim w końcu trafiamy na przemiłego człowieka, który na migi próbuje nam jakoś pomóc.
Ostatecznie rozbijamy się na fragmencie jego łąki i próbujemy przetrwać pierwszą noc pod namiotami. Wieczorem odwiedza nas miejscowa młodzież próbując pochwalić się bluetoothem w telefonie czy fajnymi dzwonkami. Większość wypowiedzi to zapewne rumuńskie przekleństwa, więc niestety nie mamy o czym rozmawiać.
| 13 lipca 2009 poniedziałek |
|---|
I ruszamy w góry… no i po pewnym czasie pojawia się pomoc. Wesoły traktorzysta z świeżo zakupioną kosiarką zabiera nas i oszczędza nam parę kilometrów drogi. Niestety najgorsze przed nami. Choć podejścia nie są strome to ciężkie plecaki i upał dają się we znaki. Po drodze mijamy m. in. napis „Romania jest piękna” w pięknym różowym kolorze, niezwykle fotogenicznego motyla na kupie no i głównie mając co jakiś czas wątpliwości co do szlaku zbaczamy czasem z głównej drogi myśląc chyba, że gdzieś za rogiem czeka szklana winda z klimatyzacją, która zawiezie nas na szczyt. Opisana w przewodniku trasa zajmuje nam dwukrotnie więcej czasu… Na szczęście liczne źródła i strumienie zaopatrują nas w odżywczy napój. Dochodzimy w końcu do schroniska Vladeasa. Tam czekają na nas ciepłe łóżeczka, krowa z dzwonkiem, pies pasterski, przemiły pan, który potrafi zrobić omlet na maśle oraz co najważniejsze – prysznice … z wodą ze strumieni i z temperaturą wody ze strumieni, tak – ciekawe doświadczenie oglądania parującej wody na ciele ;/ Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W końcu możemy zrobić sobie zupki prosząc co chwilę kogoś o „apa calda” (ciepła woda), bo niestety nie wiemy jak jest wrzątek. Gniazdek nie ma – ładowania komórek nie będzie ;/
nocleg w Cabana Vladeasa – 15 RON

| 14 lipca 2009 wtorek |
|---|
Wypoczęci wstajemy by ruszyć w dalszą drogę. Doświadczeni poprzednim dniem szacujemy czas przejścia kolejnej trasy. Bez złudzeń przyjmujemy czarne scenariusze ale nikt się nie poddaje. Zaopatrzeni w wysokiej rozdzielczości zdjęcia map Czechów, którzy spali przy schronisku w namiocie idziemy… tylko gdzie? Początku szlaku nie widać więc obieramy pierwszą napotkaną ścieżkę za szlak … znaków nie widać, dwie godziny błądzenia po lesie i sprzeczek czy kierować się w dół czy w górę. Ostatecznie decydujemy się iść na azymut jednak gdy przed nami pojawia sie gęsty las schodzimy w dół trafiając na dobrze oznakowany szlak na szerokiej drodze… I w końcu pojawiają się skały, strumyki itp. opisane w przewodniku
Gdzieniegdzie w przełęczach i siodłach ciężko w trawie znaleźć znaki na kamieniach. Robimy sobie postój myśląc o jeszcze dwugodzinnym kroczeniu jednak ku zdziwieniu wszystkich naszym oczom ukazuje się Zbójecka Skała – cel trasy.
Jako że wieczór się zbliża, na położonej niżej przełęczy stawiamy namioty i rozpalamy ognisko, które jednak nie odstrasza komarów. Idziemy więc szybko spać…
| 15 lipca 2009 środa |
|---|
Wita nas mokry poranek … Po kilku minutach wędrówki gubimy szlak ale spotykamy sympatycznego turystę, który wskazuje nam drogę. Znów ślad się urywa i każdy musi iść w inną stronę szukać kolejnego czerwonego kółka. Okrzyk znalzcy sprowadza nas na właściwy trop. Przewalone drzewa utrudniają dalsze zmaganie a rozjechana przez ciągniki drwali błotnista droga powoduje dyskomfort również psychiczny. Każdy stara się by nie zażyć kąpieli
U mnie pojawia się kryzys… Droga w dół i ciężki plecak skutkują chwiejnym i niepewnym krokiem… Na szczęście treki pomagają mi nie złamać kostki i jakoś idzie do przodu… Na jednym z postojów postanawiam sobie ulżyć i zostawiam … skarpetki
(nie mówiąc o rolce papieru toaletowego, którą wyrzuciłem na początku, ale to bardziej z braku miejsca)… W pewnym miejscu musimy przejść przez rzekę. W trekach oczywiście nie ma problemu, pozostali podróżnicy zdejmują buciki i na boso przeprawiają się na drugi brzeg. Droga kieruję się w górę i w górę, i tak dla odmiany w górę o ok. 70o. Z takimi plecakami to nie lada wyczyn. W połowie wspinaczki pada pytanie: „Hej, czy to są już sporty ekstremalne? Bo ja nie jestem ubezpieczona! …” Kamieniste „podejście” kończy się na tarasie widokowym z przepięknym vue na skałę po drugiej stronie doliny… Chyba było warto się męczyć. Dalsza droga spotyka się jednak z naszym sprzeciwem. Bo oto przed nami pojawia się wizja kolejnego stromego podejścia. Na szczęście w porę słyszymy dobiegające z boku odgłosy turystów i znajdujemy alternatywny szlak przez jaskinię. Wow! I tu należy też wspomnieć, żeby nie pytać ludzi o czas przejścia do celu, bo jeśli ma się ciężki plecak na plecach to odpowiedź blondynki, której ciężką torebkę nosi chłopak (przykładowo) to wiadomo, że jej 40 minut należy przemnożyć przez odpowiednią liczbę. Tylko jaką? No więc idziemy dalej ślizgając się po skałach, po omacku, w pewnym momencie musimy przezwyciężyć strach i wspiąć się po drabinie z ruchomym szczeblem, który akurat nam musi się urwać. Wychodzimy i spotykamy kolejnych turystów. Tym razem nasze uszy wychwytują znajome fonemy i głoski, po czym machinalnie mówimy: „Dzień dobry!”. Rodacy polecają nam miejsca z okolic, robią sobie z nami zdjęcie i w słowach: „Przywracacie nam wiarę w polską młodzież” żegnają nas, by udać się do jaskini. A my idziemy dalej i już niedaleko po kilku „skrzyżowaniach” trafiamy do Padiş. Przeciętna wiocha z restauracją i sklepami… Spotykamy znajomych Czechów. Odpoczywamy i w końcu kosztujemy rumuńskiego specjału: mamałygi. Co prawda zwykle spożywa się ją z mięsnymi lub innymi dodatkami ale i tak była ohydna… Jeśli ktoś chce spróbować, poniżej przepis. Niektórym smakowało… cóż, proszę się przekonać:
Mamałyga – kasza kukurydziana z tartym serem
składniki
* 250 g kaszki kukurydzianej
* 1 l mleka
* 100 g twardego sera
* 150 g masła
* sól
sposób przygotowania
Zagotuj mleko dodając 50 g masła, na gotujące mleko wsyp kaszkę, stale mieszając, posól. Gotuj na bardzo słabym ogniu dopóki kasza nie będzie odchodzić od ścianek naczynia. Wymieszaj z utartym serem i polej zrumienionym masłem. Smacznego!
przepis pochodzi ze strony www.ugotuj.to, zdjęcie wykonał Andre
Dalszą drogę przerywamy już po kilkuset metrach i dajemy się namówić na jakieś racuchy z nadzieniem. Ludzie chcą zarobić a my widać nie najedliśmy się do syta. Każdy z pajdą w ręce i maszerujemy dalej… Po chwili znów jest problem z trasą. Przy drogowskazie powstają obozy za różnymi opcjami. Cześć przekonana, że dogadała się z Rumunami chce iść prosto, ja chcę zaufać przewodnikowi i mapie, i skręcić. Wskazany przez Polaków camping wydaje się być przez nas ominięty. Mijamy Piękną polanę, na której są skały, jest rzeczka, pasą się konie, trawa króciutko przystrzyżona przez naturę i jeszcze popołudniowe słońce. Po raz pierwszy nie trzeba omijać krowich łajn… dochodzimy do jakiegoś schroniska i cofamy się by dotrzeć do campingu. Prawdopodobnie obie trasy, przy których mieliśmy wątpliwości doprowadziłyby nas do tego miejsca. A cóż to za miejsce? Darmowy (!) kemping przy strumieniu, przy lesie; każdy sra gdzie chce, robi gdzie chce i co chce, nawet są dwa sklepy. Po chwili poszukiwań znajdujemy miejsce na obozowisko i po małych zakupach idziemy spać.
| 16 lipca 2009 czwartek |
|---|
Leniwy poranek zachęca mnie do dłuższego wypoczynku i zrezygnowania z chodzenia po jaskiniach. Jednak magiczne słowa „jedno z największych skupisk jaskiń w Europie…” powoduje nagłe zerwanie się na nogi i wyjście z namiotu… i było warto! Doświadczenie szlaku momentami możliwego do przejścia tylko dzięki przyczepionym łańcuchom pozostaje w pamięci. I niestety przez ślepy zaułek i słabe oznakowanie straciliśmy trochę czasu. Na szczęście zobaczyliśmy piękną jaskinię z wodospadem. Odgłos uderzającego o skały strumienia i przezroczystość wody zachęciły mnie do zejścia głębiej by skosztować górskiej wody. Niby woda to woda jednak smakiem świeża górska woda różni się od takiej butelkowanej, a nawet od tych z górskich źródeł, gdzie zdąży się troszkę nagrzać… Po tym niezapomnianym wypadzie, wracając na kemping mijamy tłumy turystów, którzy dopiero wstali i idą zwiedzać jaskinie. Byliśmy pierwsi
A teraz zwijamy namioty i czas spadać… czyli wracamy do cywilizacji. Dalsza droga nie obfituje w ciekawe wydarzenia. Kilka kilometrów przed kresem drogi, uprzejmi ludzie zabierają część plecaków a my idziemy dalej. Każdy kolejny zakręt daje nadzieję na koniec męki jednak nie ma tak dobrze… W końcu dochodzimy i jak zwykle wieś okazuje się być zadupiem, ale pojawia się bus, który składa ofertę nie do odrzucenia i trafiamy do najbliższego miasta,z którego odjeżdżają pociągi – Alba Iulia. Miejsce spoczynku Izabeli Jagiellonki, córki Zygmunta Starego i Bony Sforzy nie przyciąga szczególnymi miejscami do zwiedzenia poza Cytadelą. W oczekiwaniu na pociąg udajemy się więc tam początkowo robiąc kółeczko autobusem i wracając na dworzec. Niestety wiedzieliśmy tylko, że autobus jedzie w okolice centrum jednak gdzie wysiąść jeśli nie ma przystanku centru? No i tu przy okazji pojawia się pewien wątek przewijający się w wielu miejscach… Autochtoni, gdy widzą, że po rumuńsku nie dogadują się z turystami zapytują: „English? Francais?” Po czym nie potrafią sklecić zdania w żadnym z proponowanych języków. To nie pojedynczy przypadek niestety. Tak właśnie było z kierowcą autobusu, którego rozbawiła nasza przejażdżka całą trasą. Przy Cytadeli parę barów piwnych niestety zamykanych około północy zmusza nas do nocowania w parku… Bierzemy ławeczki, część zasypia, część koczuje…
| 17 lipca 2009 piątek |
|---|
Nieoczekiwanie zapada decyzja, żeby wrócić na dworzec, co czynimy. Jedziemy do Sibiu. Tam poznajemy koleżankę współtowarzysza wyprawy, studiującą w programie Erasmus na Uniwersytecie „Lucian Blaga” i możemy się umyć w akademiku. Poznajemy też jej chłopaka, oddajemy rzeczy do prania i idziemy pozbyć się bagaży by zwiedzić miasto – Europejską Stolicę Kultury 2007. Wieczorem rozbijamy namiot na wale niedaleko torów kolejowych i spokojnie zasypiamy…
| 18 lipca 2009 sobota |
|---|
… ok. 7:00 budzi nas trąbienie samochodu. Rozstawiliśmy namioty na drodze, było ciemno i wydawało się, że nikt tu nie jeździ… Na szczęście wystarczyło przesunąć jeden namiot. Z racji zaproszenia udajemy się na obiad do mamy poznanego Daniela. Faszerowane papryczki w ramach zupy a na drugie danie sałatka z frytkami i mici (wygląda jak mielony, smakuje jak zmielona kiełbasa grillowa), do tego ciasto ze śmietaną i nalewka porzeczkowa (wg mnie niesmaczna i słaba)… Jednak trzeba przyznać, że kuchnia rumuńska, mimo że tłusta jest bardzo smaczna (pomijając mamałygę). Pełni sił udajemy się do Muzeum Cywilizacji Ludowej „Astra” na drugim końcu miasta. Wielki skansen drewnianych domów zwiezionych z całego kraju robi wrażenie. Dajemy się naciągnąć na pokaz wyrabiania oleju słonecznikowego. Gość z wielkim entuzjazmem opowiada o kolejnych tłoczeniach a my nieświadomi konsekwencji słuchamy, próbując zrozumieć no i po zapłaceniu dowiadujemy się od Daniela, że obowiązku płacenia nie mamy… A co tam, biedni studenci mogą czasem wesprzeć biednego dorabiającego dziadka. Finał dnia dobiega podobnie do poprzedniego jednak tym razem staramy się uważniej rozstawić namioty…
| 19 lipca 2009 niedziela |
|---|
Tym razem budzi nas burza i ulewa. Pospiesznie składamy namioty i idziemy do wyznaczonego miejsca spotkania by dotrzeć wspólnie z nowo poznaną koleżanką do dworca autobusowego by dostać się do Braszowa (rumuński Kraków). Szukając kempingu mijamy browar Ursus. Docieramy na miejsce, rozbijamy się i suszymy.
cena pobytu na polu namiotowym Dârste w Brasov – 15 RON/os.
na miejscu: prysznice z ciepłą wodą, sanitariaty, kuchnia z grillem (gniazdka, zlewozmywaki, stoły nakryte ceratą,bezpańskie koty, strasząca pani sprzątająca i inne atrakcje)
. Do najbliższego przystanku komunikacji miejskiej daleko, dostajemy się wreszcie do centrum. Przepiękna trójkątna starówka położona pod wzgórzem z napisem BRASOV niczym HOLLYWOOD naprawdę staje się dla mnie w tym momencie jednym z najpiękniejszych miast, które zwiedziłem (zaraz po Paryżu, Rzymie i Krakowie…), niewątpliwie najpiękniejszym w Rumunii. Udajemy się również w okolice Cytadeli, z której możemy zobaczyć Stare Miasto w całej okazałości. Droga powrotna taksówkami jest okazją do pozbycia się pieniędzy. Zostaliśmy przewiezieni obwodnicą miasta i troszkę oskubani, jak dobrze jednak, że nie trzeba iść pieszo… Na kempingu kolejna okazja by zrobić zupkę chińską i kolejna okazja na niewygodne spanie – w skrócie niewy-spanie. Pogoda się poprawia więc wraca humor…
| 20 lipca 2009 poniedziałek |
|---|
Wyruszamy w kolejne góry…
Autostopem udaje się nam dojechać do miejscowości Sinaia (rumuńskie Zakopane) – kurortu w paśmie Gór Bucegi. Tym razem oszczędzamy nóżki i wjeżdżamy tzw. telekabiną na 1400 m. po czym idziemy ścieżką na wysokość 1510 m., gdzie znajduje się schronisko Valea cu Brazi (Dolina z drzewami?). Z powodu grasujących niedźwiedzi musimy zatrzymać się gdzieś w schronisku a właściciel przyjeżdża specjalnie dla nas, mimo że otwiera tylko w weekendy. Za sporą kwotę pozwala nam zostać. Jednak zanim go poznajemy, zostawiamy plecaki i idziemy w kierunku najwyższego w tym miejscy szczytu mijając m. in. stację emisji sygnałów radiowych z krzyczącym o zakazie fotografowania strażnikiem, kryjące się w kosodrzewinie krowy (o dziwo na tej wysokości nie dokuczają im muchy, w sensie szczęśliwe te krowy) oraz narodowy ośrodek sportu. Długa wędrówka niestety kończy się daleko przed nim, a późna godzina każe nam wracać. Po przebyciu ok 5 km do Claia Mare, skąd roztaczał się piękny widok na szczyt i Krzyż Bohaterów oraz w dól na miasto Buşteni, podjęliśmy decyzję o powrocie. Maksymalna wysokość, na której się znajdowaliśmy oscylowała wokół 2100 m. n. p. m. Tego dnia kolejna okazja do mycia się pod butelką dosłownie, ale tym razem przemiły pan ze schroniska zagrzał nam wodę. Mimo niskiego standardu tego schroniska, kolejnych kibelków opcji „na narciarza” były tam gniazdka – normalnie full wypas. Było miło, ale jedna noc tutaj wystarczy…
cena przejazdu telekabiny 15,00 RON (w jedną stronę na COTA 1400)
| 21 lipca 2009 wtorek |
|---|
Oszczędni studenci drogę powrotną przemierzają na pełnych pęcherzy stopach. Tym razem ja dzierżę mapę trasy na zdjęciu w komórce więc prowadzę i na szczęście tym razem po znalezieniu szlaku wszystko idzie jak po maśle. Droga nawet przyjemna, połowę trasy przecina asfaltową wijącą się ulicę by potem ostro w lewo prowadzić przez las aż do celu – Zamku Peles – rezydencji wypoczynkowej Karola I. Wnętrze jest przepełnione cudami. Oczekiwanie na wejście grupy anglojęzycznej było tego warte. Standardowe 45-minutowe przejście z przewodnikiem obejmuje tylko 16 pokoi na parterze jednak to wystarczy by poznać niesamowite bogactwo tego miejsca. Sala luster, biblioteka z tajnym przejściem, sala konferencyjna wypełniona elementami z 14 rodzajów drewna, biuro z reprodukcjami Rembrandta to niektóre z ciekawych rzeczy, o których opowiadała pani przewodnik niezwykle dobitnie akcentując każde słowo i każdą cyfrę w podawanych latach. Pierwszy w Europie zamek z CO i elektrycznością (leniwy król musiał mieć windę) na pewno są warte uwagi. Po południu wybieramy się do stolicy. Zanim odjedzie pociąg niektórzy zdążyli zrobić zapasy w sklepie, inni pośpiesznie wybiegli ze sklepu zostawiając na taśmie towar (no co? ekspedientka akurat 6 minut przed odjazdem pociągu postanowiła wymienić taśmę w kasie fiskalnej). Bukareszt… miejsce, które można pominąć, mimo że jest stolicą. Kolejne miasto tak zelektryfikowane, że bociany nad ulicą mogłyby gniazda budować. Jedyna atrakcja to największy po Białym Domie budynek świata – siedziba parlamentu. Wybudowany przez człowieka z kompleksami, niekoniecznie wykorzystane miejsce choć ogólne wrażenia widoku z zewnątrz – pozytywne. Starówka, która tak naprawdę nie jest starówką tylko fragmentem miasta uważanym za najstarszy rozkopana i „zabita dechami” z każdej możliwej strony no i przede wszystkim – lody kryzysowe w McDonald’s. Niestety przewodnik nie jest pomocny w szukaniu miejsca, gdzie spokojnie można wypić piwo. Ale zawsze jest dworzec, w którym zawracają pociągi. Przed wejściem bar z telewizorkiem i sympatyczna, wyluzowana ekspedientka. Najlepsze miejsce, by przetrwać czas oczekiwania na pociąg.
| 22 lipca 2009 środa |
|---|
Pociąg z klimatyzacją i czujnikiem obecności w wc wiezie nas nad Morze Czarne. Przed siódmą dojeżdżamy… przy dworcu zaczepiają nas taksówkarze i cyganki, które słysząc „Ale my nie rozumiemy!” odchodzą niezadowolone, mrucząc coś pod nosem. Autobusem podmiejskim udajemy się do Mamai – kurortu pełnego hoteli i z jednym polem namiotowym, którego wejścia od strony plaży nikt nie pilnuje. Jak to uczciwi polscy studenci, udaliśmy się zapłacić za dwie noce i zadowoleni rozstawiliśmy namioty. Ceny w sklepach nieco zawyżone, nawet po przejściu 10 minut nie znajdzie się nic konkurencyjnego. Oczywiście nie obyło się bez natychmiastowej kąpieli słonecznej… Pierwsze co zdziwiło chyba każdego to ilość ludzi na plaży. Około południa plaża wyludniona… Tak więc pierwsza kąpiel w Morzu Czarnym i opalanie, i tak na przemian, co by się nie spalić jak inni
Dwie osoby skończyły z lekkim udarem słonecznym. Niestety nawet mnie zdarzyło się zasnąć ze dwa razy na słońcu…
bilet podmiejski do Mamaia – 3,00 RON
bus na trasie Mamaia – Konstanca – 2,00 RON
opłata za osobę, jedna noc na polu namiotowym – 15,00 RON
| 23 lipca 2009 czwartek |
|---|
500 pobudka… „Jai ho” w telefonie budzi mnie i każe zwołać chętnych na wschód słońca, piętnastominutowe oczekiwanie i parę chmurek zniechęca mnie i wracam spać i właściwie nie żałuję, bo wschód porównywalny do naszego zachodu, brakuje odgłosu fal i skrzeku mew a plaża nie jest piaszczysta tylko składa się z połamanych muszelek… Cóż, w trakcie tej wyprawy nauczyłem się zauważać pozytywne strony życia w Polsce i nie nazwę już swojego kraju zadupiem. Więc mimo nastawienia na kolejną porcję opalania unikam słońca jak nasi „poparzeni”. Im schodzi skóra, smarują się panthenolem a ja mam odruchy wymiotne (może przesadzam). Po samotnym spacerze brzegiem morza i kolejnym zaśnięciu na plaży wracam i jedziemy do miasta zwiedzić co nieco… Pora odpowiednia, słońce już tak nie piecze, zgodnie z przewodnikiem udajemy się na pocztę, by wysłać pozdrowienia (ciekawe dlaczego wyszły dopiero 26 lipca, w niedzielę? do odbiorców pocztówka dotarła 29 lipca). Następnie w kolejności występowania zabytków odwiedzamy głównie oglądając z zewnątrz Park Archeologiczny, Plac Zwycięstwa, kościół greckokatolicki, pomnik Owidiusza, Duży Meczet, cerkiew katedralną św. Piotra i Pawła, Mały Meczet, Kasyno, które jest chlubą miasta i widnieje na każdej pocztówce, oraz starą latarnię. Plaża w tym kurorcie nie wygląda ciekawie a mała ilość osób z niej korzystających zastanawia, dwudziestodwumilionowy kraj, niewielki fragment ziemi z dostępem do morza, największy kurort (drugie co do wielkości miasto) a gdzie ludzie? Na naszym skrawie dostępu do Bałtyku trudno o miejsce, jest duszno i nieprzyjemnie a jest nas tylko prawie dwa razy więcej… Co ciekawe ludzie tu chyba nauczyli się unikać słońca i zagadka ich nieobecności rozwiązuje się, gdy na plażę wchodzimy ok. 1700 , wtedy następuje największy zlot fanów nadmorskich przyjemności… W drodze powrotnej sprawdzamy wiarygodność przewodnika i zamawiamy pizze w restauracji Cin-Cin, położonej naprzeciwko Małego Meczetu, powiem krótko: smacznie i niedrogo. Wieczór upływa spokojnie, decyduję się spełnić jedno z marzeń i kąpię się po zachodzie słońca w morzu. Niezapomniane wrażenie, kąpiel o zmroku, brak świateł na plaży tylko ja płynący na plecach, patrzący w gwiazdy… polecam, jednak woda zimna i glony na noc się „schodzą” więc co za długo, to niezdrowo. Przyszedł czas na sen.
| 24 lipca 2009 piątek |
|---|
Z żalem żegnamy to miejsce i jedziemy do Tulczy. Stąd pływają promy do innych miejsc na Deltą Dunaju. Niestety okazuje się, że przepłynięcie promem jest objęte rezerwacją więc szukamy innego sposobu zwiedzenia ujścia Dunaju. Postanawiamy zaufać przewodnikowi i jedziemy do Murighiol. Po kilku minutach jazdy busem zaczyna panować chaos i nikt nie wie o co chodzi. Okazuje się, że mamy przesiadkę do innego busa. Po drodze mijamy wioski i z niecierpliwością oczekujemy jakiegoś napisu z nazwą docelowej miejscowości. Siedzący obok pan spogląda na mój bilet i wskazuje cel podróży. Wysiadamy na wsi, kompletnie opustoszałej, ludzie pouciekali, kury łażą po ulicy, jakiś zainteresowany pan podchodzi i chce nas naciągnąć na przepłynięcie delty za niebotyczne ceny w euro. Kierujemy się w stronę kempingu, który jest remontowany. Spory kawałek za przystanią jest dzikie obozowisko, gdzie bez wahania stawiamy namioty szukając miejsc, z których nikt jeszcze nie zdążył zrobić wc. Aby tam dotrzeć trzeba przejść przez ogromną kałużę. Zachód słońca w towarzystwie wierzb jest zjawiskiem kojącym zmysły, który jednak zakłócają tutaj wypływające z przystani motorówki. Wieczór upływa przy ognisku i popijaniu urodzinowego wina współtowarzysza Andrzeja i 2,5 litrowej butelki piwa.
| 25 lipca 2009 sobota |
|---|
Pobudka niezaplanowana jest skutkiem wrzasków dzieci nowych sąsiadów. Delegacja wyrusza z misją szukania opcji zwiedzania delty. Misja zakończona sukcesem i ponad dwugodzinny rejs łódką (tańszy niż proponowano wcześniej) dochodzi do skutku. Obejmuje on kilka atrakcji, zaliczyć tu można… przedzieranie się wąskimi kanałami, szlak Lili wodnych, doświadczenie zaplątania się turbiny w sieci glonów, wypatrywanie ptaków z gęstej trzciny, kamienista ścieżka z mewami, pelikanami i innymi śmiesznie biegającymi po wodzie ptakami, ponadto osoby siedzące po bokach łodzi otrzymują w zestawie darmowy prysznic, a tak serio mimo zamulenia wody cuda miejscowej natury robią niesamowite wrażenie … uczta dla oka. Po rejsie czas na jedzenie, i tu w przyportowym barze ze sklepem serwują mici z chlebem, do tego piwo i można żyć. Po raz drugi rozpalamy ognisko jednak komary uodpornione są na wszelkie specyfiki, nawet ogień im ie straszny. Zaszywamy się więc w namiotach, gdzie niekoniecznie jest bezpiecznie, ale tu komary można policzyć na palcach, powiedzmy że jednej ręki.
| 26 lipca 2009 niedziela |
|---|
Kolejna niedziela, kolejna burza… budzi nas ok 445, chwilę czekamy, by potem szybko się spakować i uciekać jak prawie wszyscy dzicy lokatorzy tego kempingu… W Murighiol czekamy na autobus, którego rozkład nie jest zgodny z tym wypisanym na tabliczce. Część autostopem, cześć autobusem ale jedziemy z powrotem do Tulczy, tam czeka nas przesiadka na busa do Braiły. Tam kierowca autobusu radzi nam dalszą podróż autobusem do Falticeni – pięciogodzinna podróż z przesiadką. Niestety ostatni niedzielny bus do Suczawy już odjechał więc musimy łapać stopa. Przemiły Rumun, nie znający żadnego języka obcego proponuje przewóz całej szóstki w swoim osobowym samochodzie. Jak tego dokonać z wielkimi plecakami? No problem! Jeden z przodu z plecakiem na kolanach, reszta plecaków w bagażniku, z tyłu 5 osób i jazda… mijamy policję (dobrze, że z tyłu przyciemniane szyby) a w dodatku przemiły pan okazuje się być niezłym piratem drogowym, co chwilę wyprzedzającym jakiś samochód bądź kilka. Do Suczawy przybywamy dosyć późno więc przeprawę przez granicę odkładamy na dzień następny. Tymczasem kilka osób usilnie szuka kantoru. Niestety przy niedzieli i po godzinie 2100 wszystko zamknięte; zamawiamy sobie kolację dzieląc się ostatnimi pieniędzmi jakie ktokolwiek posiada. Jednak Andrzej wraca z krótkiego spaceru z miłą wiadomością, że w pobliżu jest bankomat i automat do zmiany waluty, no to możemy jeszcze poszaleć! Pizza, darmowe precelki i ostatnie w Rumunii piwo…
| 27 lipca 2009 poniedziałek |
|---|
Czas na krótką drzemkę… na dworcu autobusowym. Ja zajmuję parapet, pozostali ławki lub podłogę… i jest ok, do czasu zanim się nie schodzą ludzie potrzebujący pilnie kawy z automatu ;/ Wczesnym rankiem wsiadamy w busa i wysiadamy niedaleko granicy by poszukać opcji przejścia drogowej granic z Ukrainą. Problem szybko się rozwiązuje, część z nas dostaje nawet za darmo rogale. Ukraińcy sa wspaniali, tylko czasem zapominają o paszportach ludzi, których przewożą… No i to się nam zdarzyło, ale bez problemu wrócili się na przejście graniczne nic od nas nie biorąc… Stoimy na miejscu gdzie prawdopodobnie pojedzie autobus do Czerniowców, jednak nie zdążył podjechać bo zainteresowali się nami jacyś Ukraińcy przewożący busem mięso (bleee…) no i nas oskubali z kasy, wyszło nas drożej niż autobus ale było to ciekawe doświadczenie, nie ma co… Bilet trolejbusowy w Czerniowcach to nie lada wydatek, za przejazd płaci się tu aż 75 kopiejek, czyli na nasze jakieś 25 groszy… Obiad jemy też za śmieszne pieniądze wydając jakieś 6 zł, nie mówiąc o pociągu do Lwowa trzecią klasą, który kosztuje nas 15 hrywien ( mniej niż obiad )… i czas na kolejny nocleg na dworcu, tym razem pada na dworzec kolejowy we Lwowie, w holu są gniazdka, gdzie turyści ładują komórki. InterCity do Krakowa kosztuje 400 hrywien, jak na 5 godzin jazdy w ciasny przedziale z kuszetkami to dla mnie za dużo, więc z tego planu rezygnuję…
| 28 lipca 2009 wtorek |
|---|
Godzinę wcześniej niż planowano wyjeżdżamy ze Lwowa i ładujemy się w marszrutkę pod granicę. Na granicy tłumy, chcące zdążyć na pierwszy pośpiech do Krakowa oraz ukraińskie mrówki. Jesteśmy świadkami skuteczności polskich celników w wyłapywaniu przemytu jednak płacimy za to cenę długiego oczekiwania. Strach w oczach pojawia się, gdy jedna z koleżanek zostaje poproszona o opróżnienie swojego 60-litrowego plecaka. Na szczęście pani celnik potrzebowała czasu na zrobienie kawy i pozostałych oszczędziła… Droga do Przemyśla nie zmieniła się w ciągu dwóch tygodni a w Przemyślu nasze drogi zaczynają się rozchodzić, tam też czas jest na ostateczne zdjęcie grupowe; następne pożegnanie w Krakowie i tam moja historia dobiega końca…
Dziękuję wszystkim za tę podróż, podróż „zorganizowaną inaczej”, dziką i przez to pełną pozytywnych emocji, podróż na której nie miało mnie być, ale się udało, szczególnie współlokatorowi z akademika – Andrzejowi, że zachęcał mnie do ostatnich chwil przed odjazdem… i pozostałym za ciekawe rozmowy i znoszenie mojego charakteru
Zawartość strony ze zdjęciami objęta jest prawami autorskimi. Copyright by (C) Fryderyk Kozłowski.
Zdjęcia wykonano aparatem Cybershot w telefonie SE K850i.
Część zdjęć wykonana została przez towarzyszy wyprawy Ewę i Anię (Panasonic DMC-LZ7). Dziękuję za udostępnienie.
Anegdoty:
w pociągu pospiesznym relacji Warszawa – Kołobrzeg
Wchodzi konduktorka, zapala światło w przedziale, ja się budzę (chyba), ona prosi o bilet a ja myśląc, że mówi po rumuńsku mówię do niej: „Nie rozumiem”
Ona krzyczy: „Bilet!” po czym, nie będąc świadomym tego, co robię daję bilet, po wyjściu próbuję się doczytać co napisała, jednak nadal wydawało mi się, że to nie po polsku.
…ot co się dzieje z człowiekiem, który podróżuje po obcych krajach
pociąg relacji Cluj – Oradea
Niestety pociąg przyjechał ok. 5 minut szybciej i w pośpiechu z dużymi oczami opuszczamy pociąg, który zatrzymał się na parę sekund. Peronu nie widać, nie wiadomo z której strony wysiąść. Jako, że z wielkim plecakiem szedłem pierwszy postanowiłem się nie cofać i wysiąść … wyskoczyć między torami, co uczynić również chciała koleżanka Gosia. Reszta zdecydowała się wysiąść z drugiej strony mniemając, że kawałek betonu w trawie to peron. I w tym momencie pociąg rusza, stacja znajdowała się na zakręcie i pan konduktor nie zauważył naszej sprytnej wysiadki. Spanikowana Gosia wyskakuje z jadącego pociągu na szczęście wychodzi z tego bez szwanku… Dzięki tym, którzy wysiedli z drugiej strony i zostali zauważeni pociąg ostatecznie zatrzymuje się po raz drugi i pełni przeróżnych emocji wychodzimy ze „stacji”
Bologa, czyli jak załatwić nocleg…
Przemiły pan, jego małżonka i syn postanawiają pomóc biednym turystom. Próbując się dogadać widzimy efekty, których się nie spodziewamy… zapożyczając słówka z języków romańskich próbujemy spytać o możliwość rozstawienia gdzieś namiotu, umycia się itp. Długo czekać nie trzeba. Ojciec wzywa syna i po krótkiej rozmowie, syn idzie na wzgórze, zostaje wyciągnięty wóz, wrzucamy plecaki i siadamy na przyniesione deski. Po chwili kobieta przynosi butelki z wodą gestami wskazując na czynność mycia. Taaa… nie ma to jak „douche” bądź „dusz” jak kto woli, po niebem z butelki… trochę spanikowani robimy zdjęcia by upamiętnić chwile. Pojawia się z syn nie z kim innym jak … z koniem. o tak! Mnie tam to nie kręci bo ze wsi jestem, ale i tak zabawa była przednia… Gdzie on nas wiezie? Pytamy się wzajemnie, mijając roześmianych tubylców, którym wydawało się chyba, żeśmy przyjechali nie wiadomo skąd i konia nie widzieli… Wieś się kończy i podjeżdżamy po polankę, której zapewne ten pan był właścicielem… i pokazuje, że namioty możemy tu rozbić. Jednak można się dogadać
![]()
i to by było na tyle
Trasa:
Pokaż Rumunia 2009 na większej mapie


